Tym tekstem rozpoczynam cykl wpisów - mam nadzieję, że cykl - poświęcony reprezentantom zespołów Formuły 1 oraz ich szansom w tegorocznej edycji mistrzostw świata. W sumie, powinienem rozpocząć od zespołu Mercedesa i zakończyć również na nich (ponieważ przewiduję, że ponownie będą bezkonkurencyjni), ale w celu nabicia paru wyświetleń więcej, napiszę również parę słów o innych stajniach.
Jako pierwszy, pod lupę biorę zespół Ferrari. Dlaczego? Odpowiedź jest bardziej niż prosta: nie ma w światku Formuły 1 osoby, która nie zastanawia się nad tym, jak poradzi sobie Sebastian Vettel bez grona ludzi trzymającego go za rękę. Po drugie, wszystkich ciekawi jak będzie wypadał Niemiec na tle zespołowego partnera, Kimiego Raikkonena - człowieka, który w 2007 roku, zdobył z Ferrari oba tytuły mistrzowskie.
Jako pierwszy, pod lupę biorę zespół Ferrari. Dlaczego? Odpowiedź jest bardziej niż prosta: nie ma w światku Formuły 1 osoby, która nie zastanawia się nad tym, jak poradzi sobie Sebastian Vettel bez grona ludzi trzymającego go za rękę. Po drugie, wszystkich ciekawi jak będzie wypadał Niemiec na tle zespołowego partnera, Kimiego Raikkonena - człowieka, który w 2007 roku, zdobył z Ferrari oba tytuły mistrzowskie.
Poprzedni rok, dla obu tegorocznych reprezentantów Scuderii, nie był najbardziej udany. Obaj jeździli w cieniach swoich teammate'ów - Kimi Raikkonen nie miał nic do powiedzenia w walce z Fernando Alonso, natomiast najmłodszy czterokrotny mistrz świata wyraźnie odstawał od mniej doświadczonego Daniela Ricciardo. Zarówno w przypadku Fina, jak i Niemca, słabszą dyspozycję tłumaczono problemami ze zrozumieniem bolidu. Ale czy w rzeczywistości tak było? Jakiego kalibru kierowcą w rzeczywistości jest Raikkonen? Czy Vettel zdobył mistrzowskie tytuły za sprawą talentu?
Cofnijmy się trochę w czasie i zastanówmy, czy Niemiec z Heppenheim w którymkolwiek z sezonów Formuły 1 był traktowany na równi ze swoim zespołowym partnerem. Odpowiedź jest oczywista: nie. Dlatego ciężko jest ocenić rzeczywiste umiejętności Sebastiana. Ja jednak chciałbym przypomnieć sezon 2009, zapamiętany jako rok dominacji teamu Brawn GP. Ale czy na pewno? Oczywiście, w Australii i Malezji byli bezkonkurencyjni, ale potem? Czy to nie Red Bull stał się pierwszą siłą z przerwą na wyścigi w Bahrajnie, Monaco, Belgii i we Włoszech? Moim zdaniem, hegemonia Sebastiana powinna zacząć się już w roku 2009, ponieważ już wtedy konstrukcja na to pozwalała. Niestety, Niemiec nie sprostał wyzwaniu i nawet nie podjął walki z Jensonem Buttonem.
W mojej opinii, 2014 rok jedynie potwierdził, że Vettel nie jest i nigdy nie będzie Ayrtonem Senną XXI wieku. "Seb" przegrał na punkty 167:238 z młodym Danielem Ricciardo. Co więcej, Australijczyk w debiutanckim sezonie w Red Bullu ośmiokrotnie stawał na podium, trzykrotnie na najwyższym. Vettel nie dość, że na podium stał tylko cztery razy, to jeszcze ani razu na najwyższym stopniu. Na miejscu Sebastiana, po takim sezonie bym się załamał.
Kimi, prócz dołującego sezonu 2014, po powrocie ze świata rajdowego zaliczył dwa lata startów w zespole Lotusa. Na papierze osiągnięcia Fina z sezonów 2012-2013 wyglądają imponująco: odpowiednio 3 i 5 miejsce w klasyfikacji generalnej; 2 zwycięstwa oraz 15 wizyt na podium w bolidzie autorstwa ekipy o niskim - jak na czołówkę - budżecie. Wielu ekspertów uznaje te osiągnięcia za coś nadzwyczajnego, jednakże zaglądając głębiej w wyniki z lat 2012-2013, można dostrzec, że "Iceman" wcale nie dokonał niemożliwego.
W zespole z Enstone, Raikkonenowi partnerował Romain Grosjean - ten sam Grosjean, który w 2009 roku stał się pośmiewiskiem w świecie motosportu. Jednakże, w 2012 roku Lotus przygotował swoim reprezentantom bardzo konkurencyjny bolid. W efekcie Francuz zamazał wszystkie ślady - no może prawie wszystkie - po niepowodzeniach sprzed trzech lat i jak równy z równym konkurował w duecie z mistrzem świata z roku 2007. Przytoczenie postawy Romaina nie jest przypadkowe: zwróćmy uwagę, że w ubiegłym sezonie, za partnera miał Pastora "zaraz w Ciebie wjadę" Maldonado. Obaj równie nieskutecznie radzili sobie z modelem oznaczonym symbolem E22.
Czyli co, wychodzi na to, że Kimi Raikkonen jest kierowcą pokroju zawodnika, który nigdy nie powinien pojawić się w Formule 1? Oczywiście, że nie, ponieważ każdy sezon rządzi się swoimi prawami. Dlatego dopiero poprzedni rok zweryfikował umiejętności Fina, plasując go na 11 pozycji w klasyfikacji generalnej, pięć miejsc za zespołowym kolegą - Fernando Alonso.
Pisząc o szansach zespołu Ferrari, należałoby się zastanowić nad jego potencjalną formą. Wiele będzie zależało od postępu jaki zostanie wykonany przez speców od jednostek napędowych, czyli bolączki Włochów z poprzedniego sezonu. W mojej opinii, dogonienie osiągów Mercedesa jest niemożliwe, tym bardziej, że Niemcy zdają się mieć spory zapas w tej płaszczyźnie. Jednakże, nawet zniwelowanie różnicy mocy i poprawa aerodynamiki - która jest obowiązkiem Scuderii po ostatnich zmianach personalnych - może przybliżyć stajnię z Maranello do topowych ekip.
Niestety, pojawia się szkopuł i to spory. Mercedes ma Hamiltona, McLaren ma Alonso, Williams ma Bottasa, a Red Bull ma Ricciardo - kogo posiada Ferrari w swoim "rękawie"? Na papierze - pięć tytułów mistrza świata wśród kierowców; w rzeczywistości - ludzi, których ego i legenda są wyższe niż rzeczywiste umiejętności. Większych szans na sukces upatrywałbym w klasyfikacji konstruktorów - zarówno Raikkonen, jak i Vettel są gwarantem regularności oraz wysokiego poziomu, niezależnie od toru, czy pogody. Reasumując, w mojej opinii obaj kierowcy prezentują bardzo zbliżony poziom i jeżeli zespół się postara, możemy widywać ich na podium, ale raczej na tym najniższym stopniu.
Kimi, prócz dołującego sezonu 2014, po powrocie ze świata rajdowego zaliczył dwa lata startów w zespole Lotusa. Na papierze osiągnięcia Fina z sezonów 2012-2013 wyglądają imponująco: odpowiednio 3 i 5 miejsce w klasyfikacji generalnej; 2 zwycięstwa oraz 15 wizyt na podium w bolidzie autorstwa ekipy o niskim - jak na czołówkę - budżecie. Wielu ekspertów uznaje te osiągnięcia za coś nadzwyczajnego, jednakże zaglądając głębiej w wyniki z lat 2012-2013, można dostrzec, że "Iceman" wcale nie dokonał niemożliwego.
W zespole z Enstone, Raikkonenowi partnerował Romain Grosjean - ten sam Grosjean, który w 2009 roku stał się pośmiewiskiem w świecie motosportu. Jednakże, w 2012 roku Lotus przygotował swoim reprezentantom bardzo konkurencyjny bolid. W efekcie Francuz zamazał wszystkie ślady - no może prawie wszystkie - po niepowodzeniach sprzed trzech lat i jak równy z równym konkurował w duecie z mistrzem świata z roku 2007. Przytoczenie postawy Romaina nie jest przypadkowe: zwróćmy uwagę, że w ubiegłym sezonie, za partnera miał Pastora "zaraz w Ciebie wjadę" Maldonado. Obaj równie nieskutecznie radzili sobie z modelem oznaczonym symbolem E22.
Czyli co, wychodzi na to, że Kimi Raikkonen jest kierowcą pokroju zawodnika, który nigdy nie powinien pojawić się w Formule 1? Oczywiście, że nie, ponieważ każdy sezon rządzi się swoimi prawami. Dlatego dopiero poprzedni rok zweryfikował umiejętności Fina, plasując go na 11 pozycji w klasyfikacji generalnej, pięć miejsc za zespołowym kolegą - Fernando Alonso.
Pisząc o szansach zespołu Ferrari, należałoby się zastanowić nad jego potencjalną formą. Wiele będzie zależało od postępu jaki zostanie wykonany przez speców od jednostek napędowych, czyli bolączki Włochów z poprzedniego sezonu. W mojej opinii, dogonienie osiągów Mercedesa jest niemożliwe, tym bardziej, że Niemcy zdają się mieć spory zapas w tej płaszczyźnie. Jednakże, nawet zniwelowanie różnicy mocy i poprawa aerodynamiki - która jest obowiązkiem Scuderii po ostatnich zmianach personalnych - może przybliżyć stajnię z Maranello do topowych ekip.
Niestety, pojawia się szkopuł i to spory. Mercedes ma Hamiltona, McLaren ma Alonso, Williams ma Bottasa, a Red Bull ma Ricciardo - kogo posiada Ferrari w swoim "rękawie"? Na papierze - pięć tytułów mistrza świata wśród kierowców; w rzeczywistości - ludzi, których ego i legenda są wyższe niż rzeczywiste umiejętności. Większych szans na sukces upatrywałbym w klasyfikacji konstruktorów - zarówno Raikkonen, jak i Vettel są gwarantem regularności oraz wysokiego poziomu, niezależnie od toru, czy pogody. Reasumując, w mojej opinii obaj kierowcy prezentują bardzo zbliżony poziom i jeżeli zespół się postara, możemy widywać ich na podium, ale raczej na tym najniższym stopniu.
Prognozy na koniec sezonu:
Sebastian Vettel - miejsce 4-8, sporadyczne wizyty na podium
Kimi Raikkonen - miejsce 4-8, sporadyczne wizyty na podium
Ferrari - TOP3 w klasyfikacji konstruktorów
Źródła zdjęć:
-wikipedia.org
-f1fanatic.co.uk
-thisisf1.com




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz