wtorek, 8 listopada 2011

Nadmuchiwana atrakcyjność sezonu 2011



Na początku muszę przeprosić za moją nieobecność, ale - cytując klasyk - "miałem problemy natury techniczno-zdrowotno-psychinczej". Nie patrzałem kiedy napisałem ostatni post, ale myślę, że przez ostatni miesiąc zasłużyłem na solidnego kopniaka. Tak, czy inaczej... Znów mam możliwość i przede wszystkim chęci do dzielenia się z Wami moimi urojeniami.


Mamy za sobą znaczną część sezonu, właściwie to jesteśmy już na mecie tegorocznej edycji mistrzostw świata, więc sądzę, że możemy powoli brać się za podsumowania. Rok ten przyniósł ze sobą wiele nowości, m.in. opony Pirelli, "DRS", brak Roberta Kubicy, czy też dominację Red Bulla. Dzisiaj skupię się na fantastycznym, idealnym, niezastąpionym i zbawiennym "Drag Reduction System", albo jak mawiają polscy eksperci "systemie DRS". Może przejdę do rzeczy, bo odnoszę wrażenie, że na razie - choć niespecjalnie mi to przeszkadza - wyśmiewam się z niepodważalnego profesjonalizmu naszych komentatorów.

Odwiecznym problemem w F1 był brak wyprzedzania i powszechne przekonanie, że bolidy pędzące przeszło 300km/h, przyjechały na procesję, zamiast na wyścig. Fakt ten, przeszkadzał każdemu, tylko nie głównym aktorom tego show - kierowcom. Wiadomo jednak, że poza zdobywaniem punktów i odbieraniu swoich honorariów (oczywiście, jeśli posiadasz talent na miarę mistrza świata) kierowcy nie mają żadnych praw i ich głos się nie liczy. Dlatego, Bernie Ecclestone (któremu składam spóźnione, najlepsze życzenia z okazji urodzin i życzę prędkiej emerytury) postanowił umilić sobie oglądanie wyścigów (przy okazji zarobić więcej pieniędzy, poprzez fakt, że większa ilość wyprzedzań przyciągnie nowych, "prawdziwych" fanów).

Najpierw, w 2009 mieliśmy KERS, który polscy fani znają bardzo dobrze, bo dwa lata temu, definicję tego systemu słyszeliśmy - znowu się czepiam? - średnio pięć razy na transmisję z dowolnej sesji. Rażące prądem mechaników urządzenie nie znalazło ostatecznie wielu fanów, więc trzeba było znaleźć coś nowego. Po roku myślenia, wymyślono, aby przywrócić KERS i do tego dorzucić ruchome tylne skrzydło - idealny przepis na nudę. (Przepraszam, ale nie mam ochoty pisać, jak to działa. Jestem przekonany, że Wy już to wiecie)

W Australii, pierwszy raz przekonaliśmy się o magiczności tego systemu. Działa on mniej więcej tak, że kierowca broniący się, nie ma szans obronić pozycji, w efekcie tego kolejność na mecie odpowiada poziomowi konstrukcji w danej chwili. Niespodzianki, sensacje - pojęcia nie występujące w wynikach tegorocznych wyścigów.

Żeby nie być gołosłownym, podam przykład z GP Chin. Mark Webber, w kwalifikacjach do wyścigu zajmuje odległe, 18 miejsce. W niedzielę, staje na podium, wcześniej przejeżdżając metę 7 sekund za zwycięzcą, Lewisem Hamiltonem. Dodam może, że wyścig nie odbywał w mokrych warunkach. Ta sama sytuacja jest w momentach, gdy Webber traci po 5 pozycji na starcie, a kończy i tak na miejscu, z którego startował. Wszystko za sprawą systemu wygaszania tylnego skrzydła, który nie ułatwia wyprzedzania, ta "zabawka" zyskuje pozycję za kierowcę.

Innym przykładem może być Nico Rosberg, który po fantastycznym starcie w GP Belgii, przesuwa się z pozycji piątej, na pierwszą. Jednak, w przeciągu 10 okrążeń (pewnie mniej) spada na domyślną lokatę, a całe zawody kończy na miejscu szóstym, za Michaelem Schumacherem, który startował z pola ostatniego (dysponują tym samym bolidem). W analogicznej sytuacji do Rosberga, w 2008 roku był Robert Kubica, który w GP Japonii, startował jako szósty, a w drugim zakręcie zameldował się jako pierwszy. Obaj (Kubica i Rsoberg) dysponowali sprzętem o podobnej stracie czasowej do czołówki, ale Kubica skończył wyścig jako drugi. Nick Heidfeld - teammate Kubicy -  startował jako 16, ale nie dokonał tego samego co siedmiokrotny mistrz świata. Nick skończył dziewiąty; warto dodać, że do mety tego wyścigu dojechało 15 kierowców.

Nie mam nic przeciwko atrakcyjnym wyścigom z dużą liczbą wyprzedzań, ale niech to nie będzie kosztem piękna tego sportu, które jest zabijane takimi pomysłami. Osobiście wolę, kiedy na torze mamy jazdę jeden za drugim, niż kiedy realizator nie nadąża za pokazywaniem powtórek wszystkich manewrów. Co z tego, że ten sezon obfitował w większą ilość wyprzedzań, niż dziesięć poprzednich łącznie, skoro prawie żaden z tegorocznych ataków nie mógł wzbudzić zachwytu?

W następnym tygodniu ocenię opony, które w tym roku zaproponowało nam Pirelli.

4 komentarze:

  1. Normalnie nie wiem co sie ze mna stalo ze do konca przeczytalem...Cud jakis !

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwyczajnie się za mną stęskniłeś, to bardzo ludzkie ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Dajesz przykład Webbera z Chin ,ale jemu aż tak bardzo w tym wyścigu nie pomógł DRS tylko to że miał po kwalifikacjach trzy komplety miękkich opon a to dało mu bardzo dużą przewagę nad innymi i do tego miał najlepszy bolid w stawce.

    Dałeś przykład Schumachera w Spa że startował w Spa z ostatniej pozycji i ukończył na P5 dzięki DRS. To ja dam przykład Alonso w Monaco 2010 sezon gdy startuje z pitów a kończy chyba na p6 bez żadnych drs i kers.

    Moim zdaniem jest więcej wyprzedzeń sztucznych ale jeśli ma ktoś wygrac to zrobi to bez pomocy DRS bo po prostu jest najszybszy.W tym sezonie jeszcze nikt wyścigu nie wygrał dzięki systemowi DRS.

    Ogólnie fajny blog :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz dużo racji, z tym, że wygrywa po prostu ten, który jest najszybszy, ale w poprzednich latach często bywało tak, że ten, który prezentował najlepsze tempo, nie stał nawet na podium. Teraz jest to wręcz niewykonalne, bo jeśli już jesteś od kogoś szybszy, to go wyprzedzisz - tak działa DRS i spełnia swoją rolę, ale w moim odczuciu po prostu jest zbędnym narzędziem.

    Dzięki za włączenie się do dyskusji.

    OdpowiedzUsuń