sobota, 14 grudnia 2013

O szaleńcach z jajami - recenzja filmu "Rush"


Co prawda, film reżyserowany przez Rona Howarda powoli opuszcza polskie kina, ale w niedalekim czasie każdy będzie mógł go odtworzyć na swoim sprzęcie domowym, do czego za chwilę zachęcę w kolejnym, nudnym i bezsensownym wpisie. Ale do rzeczy... Na pierwszy rzut oka, film kierowany jest do dość wąskiej grupy społecznej - MIŁOŚNIKÓW sportów motorowych. Nic więc dziwnego, że sale kinowe w Polsce nie były wypełnione po brzegi, skoro film został tak sprzedany.

Jako FAN Formuły 1, czytałem oczywiście o historii rywalizacji Jamesa Hunta i Nikiego Laudy, ale z racji wieku mogłem jedynie wyobrażać sobie relacje między tymi dwoma wirtuozami kierownicy. Od momentu pojawienia się pierwszych przecieków, odliczałem dni do premiery filmu "Rush". Pierwsze zwiastuny i recenzje światowych ekspertów jeszcze bardziej podniosły oczekiwania zagorzałego FANATYKA.

Słowa "miłośnik", "fan" oraz "fanatyk" celowo zostały napisane wielkimi literami, już tłumaczę dlaczego. Wybierając się na seans - jako wspomniany wcześniej fan - szedłem z nastawieniem na widowisko o "Formule 1", zupełnie niepotrzebnie. Wówczas, film w ogóle nie chwycił mnie za serce. Akcja na torze wydawała mi się nieciekawa, momentami nierealistyczna, a przez to strasznie denerwująca. Oczywiście, momentami siedziałem zaciekawiony, ale po seansie uznałem, że Howard nie sprostał moim oczekiwaniom.

Po powrocie do domu, nie mogłem uwierzyć, że jako jedna z nielicznych osób na tym świecie, zawiodłem się filmem "Rush". Zacząłem odnosić wrażenie, że może nie znam się na dobrym kinie, albo że coś przeoczyłem. Zdecydowałem wybrać się do kina raz jeszcze, tym razem z nieco innym podejściem - chciałem po prostu obserwować. Powiedziałem sobie, że koniec z ocenianiem realizmu walki na torze i innych niuansów.

Już po pierwszej scenie wiedziałem, że kolejna wizyta w sali kinowej była dobrym rozwiązaniem. Początkowe minuty, przedstawiają postać Jamesa Hunta - w którą wcielił się Chris Hemsworth znany również z filmu "Thor" - kierowcy zdającego czerpać się wielką frajdę nie tylko z zawodu, który wykonuje, ale w ogóle z całego życia. Brytyjczyk został wrzucony do szuflad z napisami: "seksoholik", "alkoholik", "palacz", "wariat za kółkiem".

W kolejnych scenach, dane jest nam poznać postać Nikiego Laudy, odgrywaną przez Daniela Brühla. Osoba z zupełnie innego świata niż James Hunt. Austriak od samego początku jest aspołecznym, chłodnym typem na każdym kroku tryskającym profesjonalizmem, unika wszystkiego, co mogłoby uczynić go gorszym kierowcą. Ucieka więc od rzeczy, bez których żyć nie może jego największy torowy rywal.

Obu łączy tylko jedno: niesamowicie szybka jazda, która nieosiągalna jest dla któregokolwiek innego śmiertelnika. Choć obaj mają różne metody i motywację, to obaj obrali ten sam cel: zostać mistrzem świata za wszelką cenę. W latach 70' bycie mistrzem świata oznaczało coś innego, niż teraz. To nie było zwykłe określenie oznaczające dużą sławę i kasę. 40 lat temu, za takie osiągnięcie na rok stawałeś się Bogiem, ponieważ jako jedyny - z racji osiąganej prędkości - spojrzałeś śmierci w oczy z wystarczającej odległości. Świadomość szansy widnienia na ścianach wszystkich nastolatek i bycia na ustach młodszych fanów, sprawiała, że chęć zwycięstwa na starcie pokonywała lęk przed śmiercią.


Aktualnie, bezpieczeństwo w Formule 1 stoi na bardzo wysokim poziomie, ostatni wypadek śmiertelny - Ayrtona Senny - miał miejsce w 1994 roku. Tory w latach 70' były istnymi cmentarzami. Co roku, na obiektach całego świata, w królowej motosportu życie traciło dwóch ze śmiałków. Howard w doskonały sposób ukazał szaleństwo - dla niektórych głupotę - ludzi pędzących 270km/h w konstrukcjach mogących wybuchnąć i rozlecieć się w każdej sekundzie. Wszystko dla wiecznej chwały. Ryzyko tego sportu najlepiej zostało ukazane w wyścigu na torze Nurburgring: jazda w strugach deszczu, na najniebezpieczniejszym torze, wymaga nie tylko ogromnych umiejętności, ale także wielkiej opatrzności Boga. Kiedy jej brakuje, dochodzi do tragedii...


Rywalizacja Hunta i Laudy, jak i wiele innych, polega w dużej mierze na wykorzystywaniu nieszczęścia jednego bohatera przez drugiego. Rzadko jednak jest to ukazane w tak wyrafinowany i wyszukany sposób - niecodziennie gwiazdy, a raczej superbohaterowie, potrafią stworzyć obraz wojny sportowej, wojny technologicznej, wojny słownej, zostawiając przy tym dużo miejsca na wzajemny szacunek, oczywiście bardzo skutecznie maskowany.

Kadry z wyścigów potrafią wywołać gęsią skórkę, a ścieżka dźwiękowa chwyta za gardło i długo nie puszcza. Szczerze polecam film "Wyścig", zwłaszcza ludziom, którzy w temacie sportów motorowych są żółtodziobami. Blisko dwugodzinny seans jest kotłem pełnym emocji, którymi obdarowują nas dwaj, różni bohaterowie ówczesnego świata. Czym prędzej zapraszam do kin na solidny dreszcz emocji oraz napięcie trzymające aż po napisy końcowe.


2 komentarze:

  1. Przez lata piszesz na wysokim poziomie. Twoje teksty chce się czytać. Mam nadzieje, że kiedyś zaistniejesz gdzies wyzej a nie tylko na blogu. tak trzymaj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry tekst. Oddaje na czym polegala kiedys rywalizacja miedzy ludzmi. teraz wszyscy sa marionetkami w rekach ogromnych koncernow. kiedys wazny byl czlowiek i maszyna ktora dysponuje. nic innego sie nie liczylo. Film takze swietny.

    OdpowiedzUsuń